Tatry. Zimowy Grześ, Rakoń i Wołowiec

Dzisiaj góry w zimowej odsłonie – wreszcie, bo odkąd w Tatrach spadło więcej śniegu, nie mogliśmy tam dotrzeć. Na Siwej Polanie jesteśmy chwilę przed wschodem słońca. Moim zdaniem trochę późno jeśli w ogóle bierzemy pod uwagę Wołowiec, bo wygodniej byłoby rano w ciemnościach przejść trasę do Schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej niż potem schodzić nocą z większej wysokości gdyby nasz czas przejścia za bardzo się wydłużył (zachód słońca przed 16:00 daje nam niewiele ponad 8 godzin światła). Ustaliliśmy, że najwyżej skrócimy naszą trasę, ale na szczęście warunki były świetnie, szlak idealnie przetarty, udało się więc zrealizować ją w całości, a ciemności dopadły nas dopiero, gdy jedliśmy obiad w schronisku w drodze powrotnej.

Trasa: Siwa Polana – Grześ – Rakoń – Wołowiec – Rakoń – Grześ – Siwa Polana (10:05h, 25.6km wg mapa-turystyczna.pl; nasz czas to 11h)

Przed wyjazdem sprawdzamy oczywiście pogodę i zagrożenie lawinowe. To ostatnie zmieniło się z jedynki na dwójkę, uznajemy więc, że bezpieczniej będzie wrócić tą samą trasą, omijając krótszy, ale niebezpieczniejszy szlak zielony z Doliny Chochołowskiej na Rakoń i Wołowiec.

Na pierwszym odcinku – z Siwej Polany do Doliny Chochołowskiej – rozmawiamy jeszcze chwilę o pogodzie. Ktoś rzuca, że prawdopodobnie będziemy mieć dwugodzinne okno pogodowe, przez resztę dnia może być średnio z widokami. Akurat w tym momencie z widocznością jest całkiem nieźle, ktoś inny żartuje więc: „Tylko mi nie mówcie, że to są właśnie te dwie godziny”. Chyba nic nie bolałoby nas bardziej niż ładne widoki tam i żadne potem, na szczytach. Początkowo nawet trochę to się sprawdza, bo przy podejściu na Grzesia (1653m n.p.m.) ze względu na mgłę widzimy naprawdę niewiele. Na szczycie jest niewiele lepiej, ale po kilku minutach wszystko się zmienia i to tam mamy najładniejsze widoki dnia.

Generalnie Grześ to popularny zimą szczyt, który często jest polecany na pierwsze wyjście w śniegu powyżej dolinek. Tego dnia też było na nim naprawdę sporo osób.

Idzie się naprawdę dobrze, szybko więc ruszamy w kierunku Rakonia (1879m n.p.m.). Widoki mamy świetne, dopiero przed szczytem robi się zdecydowanie wietrzniej i błękit nieba znika nam z oczu. W Rakoniu najciekawsze było dla mnie to, że chociaż wcale nie jest on taki mały (wysokością tylko trochę ustępuje choćby Giewontowi), na tle Wołowca wygląda trochę jak pagórek. Jest coraz mniej przyjemnie, najchętniej powiedziałabym więc „pas” i na Wołowiec wróciła przy innej okazji, ale reszta ma trochę więcej motywacji, a do przejścia tak niewiele (30-40min), myślę sobie więc, że lepiej mieć to szybko za sobą i ruszam.

I jest to dla mnie najdłuższe 30 minut tego dnia. Najgorzej chyba idzie się właśnie przy średnim nastawieniu, bo nawet nie można sobie pomyśleć, że widoki ze szczytu wszystko nam wynagrodzą. Jeszcze teraz pamiętam to moje zniechęcenie, ale pamiętam też, że mimo wszystko Wołowiec (2064m n.p.m.) zrobił na mnie wrażenie swoim kształtem, pięknie się prezentuje.

Dodam jeszcze, że to podejście jest krótkie, ale najbardziej strome na trasie.

Widok z Wołowca

Dodam jeszcze na koniec, że ostatnio na jednej z grup o wędrowaniu po Tatrach trafiłam na dyskusję na temat tego czy chodzenie po górach zimą jest łatwiejsze niż w innych porach roku. Większość ludzi twierdziła, że tak, że zwłaszcza schodzenie po śniegu jest przyjemniejsze niż po kamieniach. Też tak uważam, „ale”:

  • Warto pamiętać, że zimą odpowiedni sprzęt ma większe znaczenie. O ile latem możemy ruszyć w góry właściwie bez większego przygotowania, wystarczą dobre buty, woda, naładowany telefon i jakieś podstawowe rzeczy z apteczki, o tyle zimą trzeba już pamiętać o rakach, czekanie, czołówkach, folii NRC, lawinowym ABC, moim zdaniem warto też pomyśleć o termosie z gorącym napojem, dodatkowej nawigacji i o naprawdę dobrych rękawiczkach (na tym punkcie jestem przewrażliwiona, bo moje paznokcie potrafią bezlitośnie dawać o sobie znać w kontakcie z mrozem), oczywiście nie wspominając o warstwowym ubraniu. Gdy wyposażamy się od zera, jest tego trochę, dlatego łatwiej jest zaczynać latem.
  • Zimą ważna jest też znajomość zagrożeń, bo wtedy dzień jest krótszy, łatwiej o załamanie pogody, łatwiej też zgubić szlak. Jest więc więcej rzeczy, o których trzeba pomyśleć – na przykład, że przed wyjściem sprawdzamy nie tylko prognozy pogody, ale też komunikat lawinowy albo że dobrze jest mieć przy sobie GPS z naszą trasą i najlepiej znać jej przebieg. Naszej drodze możemy przyjrzeć się bliżej choćby w aplikacji FATMAP (świetnie pokazuje ona na przykład które stoki znajdują się w cieniu, a więc przy oblodzeniach będą większym wyzwaniem).

Tyle w dużym skrócie o bezpieczeństwie. Na różnych stronach można znaleźć dużo, dużo więcej w tym temacie. Nie chodzi oczywiście o to, żeby się zniechęcić, ale warto mieć świadomość różnych zagrożeń i tego jak możemy sobie z nimi radzić.

To już chyba nasz ostatni wyjazd w Tatry w tym roku, oby kolejny był podobnie górski!:)

Jedna uwaga do wpisu “Tatry. Zimowy Grześ, Rakoń i Wołowiec

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s