Lizbona. Nie traćmy czasu na pośpiech

Zauważyłam, że sporo osób pisze o zauroczeniu Portugalią – gdy na początku patrzysz, smakujesz i nie myślisz o codziennych problemach. Odwiedzasz najbardziej kolorowe miejsca, a słońce świeci tak mocno, że mrużąc oczy nawet nie zauważasz śmieci na ulicach.

Jeśli ktoś chciałby ten stan nazwać „efektem Porto” na przykład, w naszym przypadku on nie zadziałał, bo przy okazji pierwszej (marcowej) wizyty Porto przywitało nas niekończącym się deszczem, zaskakującym chłodem i widokiem zrujnowanych budynków, które mija się w drodze z lotniska. Nie trzeba wczytywać się za bardzo w historię kraju, żeby poczuć, że przeszłość była dla niego bardziej łaskawa niż teraźniejszość jest. Dzisiaj trudno chyba byłoby nazwać Portugalię gospodarczą potęgą Europy (PKB realny per capita sporo poniżej unijnej średniej, ale wyższe niż dla Polski). Na koniec roku 2021 wskaźnik długu publicznego w relacji do PKB wyniósł dla tego kraju 127.4%, co ponad dwukrotnie przebija magiczne (uznawane za akceptowalne) 60%. Warto przy tym dodać, że ostatnią wartość przekroczyło w ubiegłym roku czternaście państw Unii Europejskiej, Portugalia nie jest więc wyjątkiem, a nawet rekordzistą, bo pobiła ją Grecja (193.3%) i Włochy (150.8%), nadal jednak nie ma się czym chwalić.

Do tego można by dorzucić problemy takie jak starzenie się społeczeństwa czy dosyć wysoki poziom bezrobocia wśród młodych (podniesiony jeszcze teraz, w wyniku pandemii) i zapytać: „To jest to miejsce, w którym się zakochujecie?„, ale… No właśnie, jest to jedno „ale”, które sprawia, że trudno chyba nie wrócić z Portugalii z szerszym niż zwykle uśmiechem na ustach.

Tym razem nasz plan na Portugalię to kilka dni w Lizbonie, dłuższy pobyt na Maderze i jedna noc w Porto. Poznawanie stolicy zaczynamy od wschodu słońca w okolicach Miradouro das Portas do Sol i Miradouro de Santa Luzia. Z naszego mieszkania można tam dotrzeć spacerem w kilka minut, szkoda byłoby więc nie skorzystać z okazji na złapanie pierwszych promieni właśnie tutaj (moim zdaniem to najładniejsze punkty widokowe z tych, na które udało nam się dotrzeć).

Nasz plan na dalszą część dobrze rozpoczętego dnia to przetestowanie tylu pasteis de nata ile tylko uda nam się w siebie wcisnąć, odwiedzenie jeszcze kilku punktów widokowych (St George Castle viewpoint, Miradouro da Graça, Miradouro da Senhora do Monte, Miradouro de São Pedro de Alcântara), obejrzenie Arco da Rua Augusta, Elevador da Bica czy Santa Justa Lift, a na końcu zajrzenie do Convento do Carmo. Na liście zostawiamy sobie więc sporo miejsca na spacerowanie uliczkami Lizbony bez konkretniejszego celu – biorąc sobie do serca radę, którą przeczytałam w przewodniku (i z której trochę sobie żartowałam, bo nie spodziewałam się, że jakiś przewodnik może zniechęcać do planowania).

Przyznaję, ulice Lizbony są piękne. Długo można się po nich kręcić bez celu i pozostawać w zachwycie. Nie znaczy to oczywiście, że cudowne jest wszystko. Pewnie ciężko być w tym mieście starszym człowiekiem, ciągłe chodzenie po ulicach w górę i w dół musi być wtedy niezłym wyzwaniem, zwłaszcza że chodniki pozostają w stanie różnym – znajoma nazwała je „nienachalnie równymi”. I chociaż część budynków zachwyca z zewnątrz, zdarzają się też przypadki wyglądające na zemstę niespełnionych artystów.

Jedyny budynek, który zwiedzamy tego dnia od wewnątrz, to klasztor Convento do Carmo. Jak czytamy po wejściu do muzeum, Carmo był jednym z najpiękniejszych kościołów gotyckich w Lizbonie, jednak został on poważnie uszkodzony w wyniku XVIII-wiecznego trzęsienia ziemi. Prace rekonstrukcyjne zostały rozpoczęte, ale zawieszono je po zniesieniu zakonów w Portugalii.

Współcześnie oglądamy go więc bez dachu, co robi niezłe wrażenie i pozwala chyba trochę bardziej wyobrazić sobie z czym musieli się zmierzyć mieszkańcy Lizbony po wspomnianym trzęsieniu (niemal zupełnie zrujnowało ono miasto; pod względem liczby ofiar było jednym z najtragiczniejszych w historii).

Dosłownie kawałek za klasztorem znajdziemy windę Santa Justa, która już na początku XX wieku była wykorzystywana do łączenia różnych poziomów miasta. Nie zjedziemy nią co prawda na dół, ale możemy spojrzeć z niej na miasto, a potem wykorzystać bardziej współczesną windę, żeby znaleźć się niżej.

W międzyczasie stawiamy oczywiście na jedzenie. O tym, że jest ono ważnym elementem życia w Portugalii, przeczytamy w książce „Lizbona. Miasto, które przytula”:

„Podstawowy kurs przetrwania w języku portugalskim można oprzeć na nauce tego jak zamówić kawę i ciastko w Lizbonie. Szyldy z napisem Pastelaria (pasztelarija) rzucają się w oczy praktycznie na każdym rogu. Wizyta w takim miejscu to kluczowy moment poranka mieszkańca stolicy”.

LxFactory

Nasz drugi dzień w Lizbonie zaczynamy w okolicach Mostu 25 kwietnia. Najlepszy widok na niego mamy spacerując wzdłuż Tagu. Z racji, że uwielbiam mosty, zależało mi też na sprawdzeniu punktu widokowego Pilar 7, wydaje mi się jednak, że nie jest to miejsce, w którym koniecznie trzeba być.

Pilar 7
Most 25 kwietnia

Celem tego dnia jest dla nas odwiedzenie Klasztoru Hieronimitów zbudowanego w stylu manuelińskim, który miał być połączeniem gotyku i renesansu. Zbliżamy się do niego słuchając piosenki ułożonej przez koleżankę kiedyś na lekcji historii – musicie uwierzyć na słowo, że była zabawna i nawet miała rymy, bo niestety pamiętam z niej tylko tyle, że w klasztorze można zobaczyć nagrobek Vasco da Gamy. Sam klasztor robi na nas niesamowite wrażenie, moim zdaniem to niezły majstersztyk.

W okolicach klasztoru są też ulokowane wizytówki Lizbony – Torre de Belem i Pomnik Odkrywców. Będąc przy tym drugim, warto zwrócić uwagę na mozaikę przedstawiającą różę wiatrów. Na mapie zaznaczono tereny odkryte przez Portugalczyków w poszczególnych latach.

Tego dnia odwiedzamy jeszcze kilka parków. Jeśli miałabym któryś polecić, byłby to nieduży Jardim da Estrela. Zabrakło nam za to czasu na Oceanarium i Museu Nacional do Azulejo, które podobno też warto zobaczyć. Kto wie, może kiedyś wpadniemy na dłużej, żeby je także obejrzeć. Tym razem Lizbona była dla nas przystaniem w drodze, postawiliśmy więc na brak pośpiechu.

Jardim Guerra Junqueiro (Jardim da Estrela)

6 uwag do wpisu “Lizbona. Nie traćmy czasu na pośpiech

  1. Muszę kiedyś odwiedzić Lizbonę. 🙂
    Patrząc na zdjęcia, jak najbardziej można się zauroczyć. Pobazgrane mury też mi nie przeszkadzają – bo gdzie ich nie ma? Wolę tak niż tworzenie wrażenia raju na siłę.
    Ogólnie jakoś bardziej pociągają mnie akurat te kraje, których sytuacja ekonomiczna nie jest imponująca – nie z tego powodu, ale tak się jakoś składa. 🙂
    Kiedy opisywałaś pierwsze wrażenie, skojarzyła mi się moja relacja z Meksykiem: jechałam do pracy i zamiast folderów turystycznych oglądałam google street view, pierwsze wrażenie nie było dobre, można wyliczyć setki wad i problemów, a wróciłam zakochana w tym kraju i z marzeniem powrotu. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Niezły przypadek z tym, że akurat kraje mniej bogate interesują Cię bardziej – jasne, są bardzo ciekawe, ale dla mnie te najbogatsze są właściwie równie przyciągające; choć wiadomo, że zupełnie inne. 🙂

      Polubienie

      • Może chodzi o klimat albo styl życia? Zresztą Włochy, Hiszpania czy Portugalia to nie taka znowu bieda. Ameryka Łacińska też mnie pociąga, ale ona jest akurat bardzo nierówna i to mnie jednak kłuje. 😉

        Polubione przez 1 osoba

      • Racja, trudno mówić w tych przypadkach o biedzie. I zgadzam się z tym, że Ameryka Południowa brzmi bardzo, bardzo interesująco. 🙂

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s